Autor: J. A. Redmerski
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 475
Data zakończenia czytania: 02.05.2014 r.
Ocena: 6/10
Czasami życie jest bardzo trudne. Gubimy się w nim, gubimy się w sobie. Nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy, jak ma wyglądać nasze dalsze życie. Zapominamy o tym, co było dla nas ważne, a ból sprawia, że nie wiemy, jaką drogę wybrać. Dobrze jest wtedy choć na chwilę odciąć się od tego wszystkiego. I wyruszyć w podróż.
By odnaleźć siebie.
Na Camryn Benett zwaliło się zbyt wiele. Jej ukochany zmarł, drugi chłopak zdradził, brat siedzi w więzieniu, a rodzice się rozwiedli. Gdy przyjaciółka oskarża ją o usiłowanie odbicia chłopaka, dziewczyna nie wytrzymuje. Wsiada po pierwszego lepszego autobusu, kupując bilet w wybrane losowo miejsce i wyrusza w podróż bez planów i bez celu. Poznaje w nim bezpośredniego i wyjątkowo przystojnego Andrew Parrisha. Pod wpływem chwili decydują się na wspólną wyprawę, która bardzo ich do siebie zbliża. Mężczyzna ma jednak tajemnicę, która może zniszczyć wszystkie ich plany…
„- Żyjąc chwilą - mówi, jakby dawał mi poważną radę - w której wszystko jest w porządku, nie spiesząc się i blokując złe wspomnienia, uda ci się dobrnąć do celu szybciej i z dużo mniejszymi obrażeniami.”
„Na krawędzi nigdy” od samego początku przykuło moją uwagę. Intrygujący tytuł, piękna okładka, niebanalny temat... A potem wystarczyło tylko szepnąć słówko pani bibliotekarce i niedługo później książka znalazła się w moich rękach. Oczekiwałam romantycznej, subtelnej, nawet lekko poetyckiej powieści o miłości, namiętności, bólu i odnajdywaniu siebie. Jednak historia ta jest zupełnie inna. Czy gorsza? Przekonajmy się.
Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, naprzemiennie z perspektywy Camryn i Andrew, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem, bo dzięki temu wiemy, jak nasza parka się wzajemnie odbiera. Nieuchronnie towarzyszy jej powtarzanie się niektórych scen, ale nie nudzi nas to, bo zazwyczaj oboje odbierają tę samą sytuację zupełnie inaczej. Muszę przyznać, że główni bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani – to młodzi ludzie, którzy już swoje w życiu przeżyli, a w tej chwili znajdują się na swego rodzaju życiowym zakręcie. Są wyjątkowo naturalni i zazwyczaj budzą w czytelniku sympatię. Raczej nie zapadną mi na dłużej w pamięć, ale spędziłam z nimi całkiem przyjemne kilka godzin. Wątek miłosny też wypadł całkiem zgrabnie, autorka oszczędziła nam zbędnego patosu i ckliwych opisów. Niestety, oszczędziła nam też romantyzmu i liryzmu, na które tak bardzo liczyłam. Mam wrażenie, że subtelniejszy styl o wiele lepiej by do tej historii pasował, ale cóż... Jest, jak jest.
„Rzeczywistość to suka.”
Świetnie przedstawiony został też motyw drogi, podróży. To taka ludzka potrzeba – wyjechać na trochę, pobyć przez jakiś czas w innym miejscu, zobaczyć coś nowego, poznać nowe osoby – nie znam nikogo, kto nie marzyłby o tym, chociaż w minimalnym stopniu. A jeszcze taka romantyczna podróż w dal, przed siebie i bez celu? Ach, wprost idealnie. W całej tej powieści czuć taki specyficzny klimat drogi, który bardzo mi przypadł do gustu. Akcja nie toczy się zbyt szybko, ale mimo wszystko jest na swój sposób ciekawa i lekka w odbiorze.
Pani Redmerski serwuje nam tu sporo wulgaryzmów, co niezbyt przypadło mi do gustu. Nie mam nic przeciwko przekleństwom w książkach, ale są jakieś granice. Niecenzuralne wyrazy na co drugiej stronie brzmią, nawet nie tyle brzydko, ile po prostu sztucznie. To nie jest książka o jakimś marginesie społecznym, ale o dwójce w gruncie rzeczy zwyczajnych, młodych ludzi, a takowi nie przeklinają co chwilę, bez powodu. Autorka chyba usiłowała być naturalna, ale coś jej nie wyszło. W książce pojawia się także kilka dość pikantnych scen erotycznych. Wyjątkowo nie przeszkadzały mi one, choć uważam, że pani Redmerski mogła sobie niektóre z nich darować, „Na krawędzi nigdy” byłoby tak samo dobre bez nich.
„Tylko pamiętaj, by zawsze być sobą i nie bać się mówić tego, co myślisz, albo tego, by głośno marzyć.”
Swoistym przesłaniem powieści jest bycie w zgodzie z własnymi pragnieniami, z sobą samym. Niestety, mam wrażenie, że zostało to spłycone do swego rodzaju wszechwolności seksualnej, a to średnio do mnie przemawia, mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Owszem, na pewno jest to ważne, ale mam wrażenie, że autorka za bardzo skupia się na tym, podczas gdy mogła poruszyć w tej książce o wiele ważniejsze kwestie.
Słabo wypada również wielka tajemnica naszego głównego bohatera. Czy tylko ja domyśliłam się, o co chodzi jeszcze przed przeczytaniem? A przecież wydawca w żaden sposób nie spoileruje. Mam wrażenie, że wynika to bardziej z banalności tego wątku, niż z mojego geniuszu. A końcowe fragmenty, które w zamierzaniu miały być wzruszające, także wypadają dość blado. Nie mówię tutaj o płaczu, bo akurat brak moich łez nie jest żadnym wyznacznikiem, ale po prostu mnie one nie poruszyły. Są ładnie opisane, ale zabrakło mi pewnej emocjonalności. A przecież był taki potencjał! SPOILER! Uważam też, że autorka mogła sobie darować tę palcówkę w szpitalu. Nie wiem, po co to było, ale jak dla mnie wypadło jedynie niesmacznie i bardzo, bardzo nie na miejscu. KONIEC SPOILERU! Sama scena końcowa natomiast wygląda jak rodem wzięta ze słabego romansu. I mam wrażenie, że już wiem wokół czego będzie krążyła fabuła następnego tomu.
„Na krawędzi nigdy” to w gruncie rzeczy całkiem niezła książka. Wprost idealna na wakacje, bardzo klimatyczna, ale w żadnym razie genialna. Zupełnie nie rozumiem, skąd aż tak wysoka ocena na lubimyczytac.pl. Polecam, jeśli macie ochotę na coś nowego, świeżego, z nutką pikanterii, by poczytać sobie wieczorem w fotelu czy w ogrodzie popołudniu. Dla tych, którzy chcą odpocząć, ale nie odmóżdżyć się. Nie liczcie jednak na arcydzieło, bo możecie się bardzo rozczarować…
By odnaleźć siebie.
Na Camryn Benett zwaliło się zbyt wiele. Jej ukochany zmarł, drugi chłopak zdradził, brat siedzi w więzieniu, a rodzice się rozwiedli. Gdy przyjaciółka oskarża ją o usiłowanie odbicia chłopaka, dziewczyna nie wytrzymuje. Wsiada po pierwszego lepszego autobusu, kupując bilet w wybrane losowo miejsce i wyrusza w podróż bez planów i bez celu. Poznaje w nim bezpośredniego i wyjątkowo przystojnego Andrew Parrisha. Pod wpływem chwili decydują się na wspólną wyprawę, która bardzo ich do siebie zbliża. Mężczyzna ma jednak tajemnicę, która może zniszczyć wszystkie ich plany…
„- Żyjąc chwilą - mówi, jakby dawał mi poważną radę - w której wszystko jest w porządku, nie spiesząc się i blokując złe wspomnienia, uda ci się dobrnąć do celu szybciej i z dużo mniejszymi obrażeniami.”
„Na krawędzi nigdy” od samego początku przykuło moją uwagę. Intrygujący tytuł, piękna okładka, niebanalny temat... A potem wystarczyło tylko szepnąć słówko pani bibliotekarce i niedługo później książka znalazła się w moich rękach. Oczekiwałam romantycznej, subtelnej, nawet lekko poetyckiej powieści o miłości, namiętności, bólu i odnajdywaniu siebie. Jednak historia ta jest zupełnie inna. Czy gorsza? Przekonajmy się.
Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, naprzemiennie z perspektywy Camryn i Andrew, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem, bo dzięki temu wiemy, jak nasza parka się wzajemnie odbiera. Nieuchronnie towarzyszy jej powtarzanie się niektórych scen, ale nie nudzi nas to, bo zazwyczaj oboje odbierają tę samą sytuację zupełnie inaczej. Muszę przyznać, że główni bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani – to młodzi ludzie, którzy już swoje w życiu przeżyli, a w tej chwili znajdują się na swego rodzaju życiowym zakręcie. Są wyjątkowo naturalni i zazwyczaj budzą w czytelniku sympatię. Raczej nie zapadną mi na dłużej w pamięć, ale spędziłam z nimi całkiem przyjemne kilka godzin. Wątek miłosny też wypadł całkiem zgrabnie, autorka oszczędziła nam zbędnego patosu i ckliwych opisów. Niestety, oszczędziła nam też romantyzmu i liryzmu, na które tak bardzo liczyłam. Mam wrażenie, że subtelniejszy styl o wiele lepiej by do tej historii pasował, ale cóż... Jest, jak jest.
„Rzeczywistość to suka.”
Świetnie przedstawiony został też motyw drogi, podróży. To taka ludzka potrzeba – wyjechać na trochę, pobyć przez jakiś czas w innym miejscu, zobaczyć coś nowego, poznać nowe osoby – nie znam nikogo, kto nie marzyłby o tym, chociaż w minimalnym stopniu. A jeszcze taka romantyczna podróż w dal, przed siebie i bez celu? Ach, wprost idealnie. W całej tej powieści czuć taki specyficzny klimat drogi, który bardzo mi przypadł do gustu. Akcja nie toczy się zbyt szybko, ale mimo wszystko jest na swój sposób ciekawa i lekka w odbiorze.
Pani Redmerski serwuje nam tu sporo wulgaryzmów, co niezbyt przypadło mi do gustu. Nie mam nic przeciwko przekleństwom w książkach, ale są jakieś granice. Niecenzuralne wyrazy na co drugiej stronie brzmią, nawet nie tyle brzydko, ile po prostu sztucznie. To nie jest książka o jakimś marginesie społecznym, ale o dwójce w gruncie rzeczy zwyczajnych, młodych ludzi, a takowi nie przeklinają co chwilę, bez powodu. Autorka chyba usiłowała być naturalna, ale coś jej nie wyszło. W książce pojawia się także kilka dość pikantnych scen erotycznych. Wyjątkowo nie przeszkadzały mi one, choć uważam, że pani Redmerski mogła sobie niektóre z nich darować, „Na krawędzi nigdy” byłoby tak samo dobre bez nich.
„Tylko pamiętaj, by zawsze być sobą i nie bać się mówić tego, co myślisz, albo tego, by głośno marzyć.”
Swoistym przesłaniem powieści jest bycie w zgodzie z własnymi pragnieniami, z sobą samym. Niestety, mam wrażenie, że zostało to spłycone do swego rodzaju wszechwolności seksualnej, a to średnio do mnie przemawia, mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Owszem, na pewno jest to ważne, ale mam wrażenie, że autorka za bardzo skupia się na tym, podczas gdy mogła poruszyć w tej książce o wiele ważniejsze kwestie.
Słabo wypada również wielka tajemnica naszego głównego bohatera. Czy tylko ja domyśliłam się, o co chodzi jeszcze przed przeczytaniem? A przecież wydawca w żaden sposób nie spoileruje. Mam wrażenie, że wynika to bardziej z banalności tego wątku, niż z mojego geniuszu. A końcowe fragmenty, które w zamierzaniu miały być wzruszające, także wypadają dość blado. Nie mówię tutaj o płaczu, bo akurat brak moich łez nie jest żadnym wyznacznikiem, ale po prostu mnie one nie poruszyły. Są ładnie opisane, ale zabrakło mi pewnej emocjonalności. A przecież był taki potencjał! SPOILER! Uważam też, że autorka mogła sobie darować tę palcówkę w szpitalu. Nie wiem, po co to było, ale jak dla mnie wypadło jedynie niesmacznie i bardzo, bardzo nie na miejscu. KONIEC SPOILERU! Sama scena końcowa natomiast wygląda jak rodem wzięta ze słabego romansu. I mam wrażenie, że już wiem wokół czego będzie krążyła fabuła następnego tomu.
„Na krawędzi nigdy” to w gruncie rzeczy całkiem niezła książka. Wprost idealna na wakacje, bardzo klimatyczna, ale w żadnym razie genialna. Zupełnie nie rozumiem, skąd aż tak wysoka ocena na lubimyczytac.pl. Polecam, jeśli macie ochotę na coś nowego, świeżego, z nutką pikanterii, by poczytać sobie wieczorem w fotelu czy w ogrodzie popołudniu. Dla tych, którzy chcą odpocząć, ale nie odmóżdżyć się. Nie liczcie jednak na arcydzieło, bo możecie się bardzo rozczarować…
