Tytuł: "Metro 2033"
Autor: Dmitry Glukhovsky
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 592
Data zakończenia czytania: 31.05.2014 r.
Ocena: 7/10
Jechaliście kiedyś metrem? Ja jechałam. Dużo śpieszących się ludzi, schludne, białe ściany, szybsze pociągi i nieco brzydsze widoki za oknem. Nic szczególnego, naprawdę, człowiek nawet za bardzo nie odczuwa, że znajduje się pod ziemią. Ale zastanówcie się... Czy gdyby ludzie nie byli w stanie przetrwać na ziemi, to właśnie pod nią nie byłoby bezpieczniej?
W postnuklearnej Moskwie ludzie, którzy przeżyli, gnieżdżą się w metrze, które stało się dla nich zalążkiem nowego świata. Poszczególne stacje wypowiadają sobie wojny, zawierają sojusze, handlują między sobą, a przede wszystkim starają się przetrwać. Artem zamieszkuje najbardziej wysuniętą na północ stację - WOGN. Jest to jedno z tych bardziej rozwiniętych miejsc, gdzie ludziom żyje się w miarę dobrze. Jedynym, co zaburza ich jednostajną egzystencję, są ciągłe wizyty tajemniczych, zmutowanych stworów zwanych przez nich Czarnymi. Budzą one w mieszkańcach pierwotny, paniczny strach i powoli zaczynają stwarzać prawdziwe zagrożenie. Artem musi wyruszyć w długą podróż przez metro, by dotrzeć do legendarnego Polis, gdzie może uzyskać pomoc. Będzie to jednak długa i niebezpieczna wyprawa, która niejednokrotnie wystawi mężczyznę na ciężką próbę...
"Ludzie zawsze umieli zabijać lepiej niż każde inne żywe stworzenie."
Nie lubię science-fiction. Jest naprawdę mnóstwo gatunków, które mnie interesują w większym lub mniejszym stopniu, ale akurat s-f jakoś nigdy do mnie nie trafiało. A jednak z pewnych nieznanych mi względów, co pewien czas sięgam po taką literaturę. W tym wypadku względy są mi jednak bardzo dobrze znane - względem tym jest moja bliska koleżanka, która wręcz zakochała się w Uniwersum Metro 2033. Tyle czasu mnie nakłaniała do przeczytania tej książki, aż w końcu uległam i postanowiłam spróbować, choć fabuła nie do końca mieściła się w moich gustach.
"Metro 2033" już od samego początku wita nas ciężkim, bardzo mrocznym i dusznym klimatem. Bohaterowie przez całe życie mieszkają pod ziemią, znając tylko sztuczne światło (bo po tak długim czasie słońce by ich zabiło), nigdy nie wdychając świeżego powietrza (bo radioaktywne powietrze by ich zabiło) i przenigdy nie wychodząc na powierzchnię (bo różne zmutowane stwory najprawdopodobniej by ich zabiły). No chyba, że są stalkerami.
Ale to już dłuższa historia.
Tak naprawdę wszędzie czai się zagrożenie, a komunikacja między poszczególnymi stacjami jest tak fatalna, że po całym metrze krąży szereg różnych mrożących krew w żyłach legend, a bardzo łatwo w to wszystko uwierzyć, gdy tylko spojrzy się w te nieprzeniknione, ciemne tunele. W dodatku takie warunki idealnie sprzyjają rozwijaniu się wszelkiego rodzaju sekt czy chorych ideologii oraz zdobywaniu władzy przez ich przedstawicieli. Mamy tu więc faszystów, komunistów, wyznawców kultu Wielkiego Czerwa (to moi zdecydowani faworyci!) i wielu, wielu innych. System panujący w moskiewskim metrze można porównać do tego w starożytnej Grecji - wszystkich łączy język, pochodzenie i resztki kultury, ale każda stacja musi radzić sobie sama.
"Straszna jest nie sama śmierć. Straszne jest jej oczekiwanie."
Glukhovsky stosuje w swojej książce stary jak świat motyw drogi. Nasz główny bohater, Artem odbywa podróż przez prawie całe metro, dzięki czemu możemy dogłębnie poznać jego mieszkańców, większość stacji, a także zderzyć z różnymi, często sprzecznymi poglądami. To dobry pomysł i jego zastosowanie także jest dobre. Wyraźnie czuć, że autor czuje się w swoim świecie swobodnie, a całość jest dokładnie przemyślana i dopracowana. Aż ciężko uwierzyć, że to jego debiut, wszystko jest takie dojrzałe i solidne.
A jednak nawet tutaj są wady. Bo mimo iż język Glukhovsky'ego jest warsztatowo porządny, to brakuje mu polotu, przez co staje się bardzo sztywny. Brakuje mu czegoś, co przyciąga do niego czytelnika, pewnej lekkości, choć mam też wrażenie, że taki sztywnawy język idealnie wpasował się w klimat mrocznego metra. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę napisaną w ten sposób po prostu ciężko się czyta, a jeśli dołożyć do tego tematykę i fabułę, "Metro..." okazuje się naprawdę twardym orzechem do zgryzienia.
Autor ma także wyraźny problem z tempem akcji, która w tej książce jest wyjątkowo nierówna. Bywały momenty tak pełne napięcia, że aż trudno się było oderwać, ale zdecydowanie więcej było tych nudnych i męczących, kiedy od "Metra..." odrywaliśmy się bez trudu, a wręcz z ulgą. Pamiętajmy przy tym, że ma ona, bagatela, prawie 600 stron, co czytania w żadnym razie nie ułatwia.
Kreacja bohaterów warsztatowo wypada całkiem nieźle (choć uważam, że główny bohater się Glukhovsky'emu nie udał), ale są oni nakreśleni tak, że nie sposób ich polubić, jakby autor stworzył pomiędzy nimi, a czytelnikiem jakiś dystans, przez co trudno było mi obdarzyć sympatią któregokolwiek z nich.
Glukhovsky stawia pytania o kierunek, w jakim zmierza ludzkość, wytyka nam błędy, które ciągle popełniamy, pokazuje jak nisko potrafi upaść człowiek, by przetrwać i znowu pyta, czy przetrwanie w tak żałosnych warunkach, to kurczowe trzymanie się życia, jest w ogóle cokolwiek warte. "Metro 2033" porusza te i wiele innych tematów, nawiązując przy tym do innych, niestety nieznanych mi, dzieł literackich. Nie podoba mi się jednak stosunek autora do religii, mam wrażenie, że wypowiada się lekceważąco na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia i próbuje zabłysnąć. Nie, Glukhovsky, nie błyszczysz.
Ciężki klimat, sztywny język, trudna tematyka i bohaterowie nie do polubienia sprawiają, że lektura ta jest dla czytelnika bardzo przygnębiająca. Niektóre fragmenty wywoływały we mnie smutek, inne obrzydzenie, a jeszcze inne wręcz zgrozę, ale żaden z nich wzbudzał uczuć pozytywnych. Pojawiają się wprawdzie elementy humorystyczne, ale jest to dość gorzki humor, przytłumiony tą całą pesymistyczną resztą. Radzę Wam się poważnie zastanowić, zanim postanowicie sięgnąć po tę pozycję. Musicie zdawać sobie sprawę z tego, że to nie jest zwykła historyjka, że z pewnością mocno Wami wstrząśnie i jeśli nie czujecie się w tym momencie na to gotowi, to lepiej odłóżcie ją na później. To dobra książka, ale do tej pory nie wiem, czy chcę sięgać po kolejne części. Koleżanka zachwala, ale prawdę mówiąc... nie wiem, czy chcę jeszcze raz wchodzić w ten straszny, okrutny, miejscami nawet chory świat. Doceniam, ale ja naprawdę nie chcę znów wracać do ciemnych tuneli moskiewskiego metra. A już na pewno nie teraz, nie w tej chwili, może dopiero za jakiś czas.
Muszę Wam też powiedzieć, że "Metro 2033" ma jedno z najgenialniejszych zakończeń, z jakimi się w życiu spotkałam. Jest absolutnie niesamowite, niesamowite w sposób, który nadaje całości zupełnie nowe znaczenie i chociażby dla niego cieszę się, że tę książkę przeczytałam. Dla tych kilku ostatnich stron warto się było trochę pomęczyć.
"Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła."
Ciężko mi powiedzieć, czy polecam Wam tę pozycję, czy nie. Myślę, że każdy z Was musi sam zadecydować, czy chce się mierzyć z "Metrem 2033". To nie jest powieść dla każdego i nawet za bardzo nie wiem, komu miałabym ją zakomenderować. Mogę powiedzieć tylko, że muszą być to osoby cierpliwe, dojrzałe i otwarte na nowe wyzwania. A jeśli czujesz, że to nie jest książka dla Ciebie - odpuść sobie, naprawdę. Czasami tak jest lepiej.
_____________
Książkę zaliczam do Wielkiego Przeglądu Domowej Biblioteczki, bo mimo iż nie jest ona moją własnością, to przeleżała na mojej półce całkiem sporo czasu, więc myślę, że można ją pod to moje małe, osobiste wyzwanie podciągnąć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 sierpnia 2014
sobota, 3 maja 2014
7. "Bajki robotów" - Stanisław Lem
Tytuł: "Bajki robotów"Autor: Stanisław Lem
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Liczba stron: 187
Data zakończenia czytania: 01.03.2014 r.
Ocena: 4/10
Chodź, opowiem Ci bajkę. Jedną, dwie, może trochę więcej. Chodź, chodź, opowiem Ci bajki, o jakich nigdy nie słyszałeś. Chodź, opowiem Ci bajkę o elektrycerzach, o królu Murdasie, o groźnych maszynach, o przygodach Trurla i Klapaucjusza. Chodź, a opowiem Ci, dlaczego nie ma już pciem i murkwi. Chodź, chodź ze mną...
"Bajki robotów" to zbiór piętnastu niedługich opowiadań, utrzymanych w konwencji baśniowej z tą drobną różnicą, że zamiast ludzi mamy tutaj roboty i wszelkiego rodzaju maszyny. Zatem spotkamy wspomnianych wyżej elektrycerzy, królewnę Elektrinę, maszynę cyfrową, co ze smokiem walczyła i wiele, wiele innych. Na początku chciałam Wam króciutko opisać każde z tych opowiadań, ale szczerze? Większości już nawet nie pamiętam. Dlaczego? O tym za chwilę.
Stanisław Lem to pisarz powszechnie znany i ceniony, jeden z najczęściej tłumaczonych polskich autorów. Zasłynął jako twórca literatury science-fiction, za którą, prawdę mówiąc, nie przepadam. Jednak była to kolejna z moich konkursowych lektur i choć najchętniej trzymałabym się od tej książki z daleka, skoro już szczęśliwie udało mi się pominąć jej omawianie w szóstej klasie, musiałam się z nią zapoznać.
Ja naprawdę rozumiem, że Lem w swoich czasach pisał bardzo nowocześnie, że wszystkie jego bajki mają morał, że w swoim gatunku ta książka jest wielkim fenomenem, że to już klasyka i tak dalej. Ale co z tego, skoro jej czytanie było dla mnie drogą przez mękę? Nie wyobrażam sobie przebrnąć przez to w podstawówce, prędzej bym tam umarła. Kończę gimnazjum, a ledwo to przetrwałam. No, to co w tych bajkach takiego strasznego? Opisy. Szczegółowe opisy atomów, cząsteczek, ich połączeń, maszyn, metali i tym podobnych. Nuda przechodzi w nowy wymiar. A szkoda, bo sam pomysł był naprawdę ciekawy, większość z tych bajek miała spory potencjał. Jednak cały ich sens gdzieś nam umyka, przytłoczony przez wspomniane wyżej opisy, często rozciągnięte na kilka dobrych stron.
Na szczęście nie ze wszystkimi było tak źle, choć te przyjemniejsze opowiadania pojawiły się dopiero gdzieś pod koniec. Szczególnie dobrze wspominam "Przyjaciela Automateusza" oraz teksty poświęcone Trurlowi i Klapaucjuszowi. Jednak to, niestety, nie wystarczyło, bym zmieniła swoje zdanie o tym utworze. Myślę, że to po prostu nie była pozycja dla mnie. Nigdy nie lubiłam science-fiction, fizyka mnie nudzi i mogę wymienić milion ciekawszych tematów niż neutrony. Naprawdę doceniam inteligencję i oryginalność Lema, ale wolę ją doceniać... mniej bezpośrednio.
Nie lubisz s-f? To raczej się z Lemem nie dogadasz, możesz mi wierzyć. Lubisz taką literaturę? W takim razie na pewno prędzej czy później po "Bajki..." sięgniesz, to w końcu znana na całym świecie klasyka gatunku i do tego napisana przez Polaka! Zatem decyzję pozostawiam Tobie i Twoim preferencjom czytelniczym. Wierzę, że najlepszego wyboru dokonasz sam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
